Pan Kowalski znał te objawy: rysownica poleciała szerokim łukiem na kanapę, teczka przysiadła ciężko na ziemi. To był znak, że Jan miał w szkole jakieś przykrości.
Pokazało się, że tym razem matematyka. Pomyłka w obliczeniu tłoka do silnika spalinowego. I nie tylko chodziło chłopcu o notę, nie tyle o sam fakt, ile o to, że profesor zrobił z tego całą historię: – słowem „było kazanie, takie wprost sejmowe i to od niedzieli i święta. Człowiek stał jak pod pręgierzem”.
- Profesor miał rację – powiedział Pan Kowalski – Szkoła to fundament do budowy całego życia. Załóż go wadliwie, cokolwiek zbudujesz, zawali się.
- Mam dość czasu, aby się poprawić – mruknął Jan, – życie daleko. Z jednej pomyłki nie ma co robić takiej kwestii.
- Jednak jeśli to pomyłka wynikła po prostu z niedbalstwa. Z samego niedbania o rzeczy, które leżą w twoim charakterze. W szkole rzeczywiście nie wielka może rzecz, ale jeśli ci to niedbalstwo wejdzie w krew, jeśli z tą cechą wejdziesz w życie – tam pomyłka – taka właśnie konstrukcyjna – może spowodować katastrofę.
Ojciec ściągnął brwi. Tak wyglądało jakby cierpiał. I Jan się wprost przeraził wyrazu jego oczu.
- Nie rozumiem, tatusiu – usiłował się bronić – przecie …
- Słuchaj – przerwał mu ojciec – opowiem ci fakt …
Pociągnął chłopca na kanapę, posadził obok siebie. Jan natężył uwagę. Lubił fakty opowiadane przez ojca.
- Było to z początkiem listopada r. 1918.
Nagle – jakby z dnia na dzień – rozprzęgła się Austria i Lwów stal się bezpańskim dobrem, po które sięgał i kto miał prawo i ten, kto miał tylko pretensje. Starsi bili przeważnie na froncie, na zachodzie szarpało się młode państwo z Niemcami – gdzie komu było myśleć o Lwowie. Musiały o nim pomyśleć przede wszystkim dzieci. I ci z Polaków, co przypadkiem na wojennych urlopach, na tyłach – znaleźli się wówczas we Lwowie.
Byłem wtedy w piątej klasie gimnazjum realnego, coś jak u was druga. Mieszkaliśmy u wylotu ulicy Gródeckiej i Sapiechy. Zameldowałem się do szkoły Sienkiewicza, jako najbliższego posterunku. Spotkałem tam wielu chłopców z niższych klas gimnazjalnych, więc młodszych ode mnie. Przeważnie byli z XI. Gimnazjum.
Od razu głowa się zapaliła do bitwy, do czynów. Ponieważ mieliśmy broń i nie bardzo nas pilnowano, więc łatwo mi było wziąć kilkunastu z nich pod moją komendę. Rozstawiłem placówki wzdłuż ulicy Sadownickiej. Chłopcy, mali i zręczni, z łatwością ukrywali się załomach murów. Posuwaliśmy się ostrożnie na przód, kiedy zobaczyłem u wylotu ulicy auto, eskortowane przez Ukraińców.
Pan Kowalski uśmiechnął się, nie wiadomo, do wspomnienia, czy do pewnej – związanej ze wspomnieniem – myśli. Jan, zadowolony, że nie widzi chmury na twarzy ojca – nie pytał.
Wnet zresztą domyślił się, co wywołało uśmiech.
- Dziś myślę, że chyba nie bardzo dzielni byli ci Ukraińcy tam, na aucie, jeśli my, mali chlupcy, przegoniliśmy ich naszymi strzałami.
Ja przecie – najstarszy i najodważniejszy – miałem dopiero lat czternaście. Ale wtedy, kiedy znaleźliśmy się na tym pierwszym , zdobytym przez nas aucie, urośliśmy w e własnych oczach do miary bohaterów.
- Mówię: pierwszym, bo znalazło się ich więcej. Zwłaszcza, że doświadczenie w zdobywaniu i puszczaniu w ruch zdobyczy ułatwiło nam później zadanie. Potem nawet wyruszaliśmy na tych autach w miasto i waliliśmy w nich w Ukraińców.
- Wyśniła mi się wtedy słowa wodza, znana dotąd tylko z lektury. Ale z upływem czasu komenda zaprawiła mi się mocno goryczą:
-Ekspedycje autowe kosztowały niejedno życie. Stojąc w aucie byliśmy mocniej eksponowani, niż ukryci w załomach murów. Wracałem jakimś trafem zawsze cały i zdrów, ale to mnie tylko martwiło. Czułem się winny, jakbym płacił zdrowiem kolegów, szczędząc własne.
- Szczęśliwy też byłem, kiedy się dowiedziałem, że te nasze wyprawy wywołały myśl o budowie auta pancernego. Za dużo uczniów ginęło, trzeba ich było osłonić. I zakosztowaliśmy goryczy komendy, chętnie poszedłem pod rozkazy profesora Markowskiego, który miał kierować robotami. Byłem przecie uczniem szkoły realnej, więc z techniką za pan brat.
Strach był pewny, że ojciec uśmiechnie się znowu po swojemu, jak zwykle przy wspomnieniach, tym uśmiechem świetlistym, do wewnątrz idącym, dlatego zdziwił się, kiedy chmura pojawiła się znowu na pomarszczonym czole. Jeszcze bardziej zdziwił się odskokowi myśli:
- Nasz profesor fizyki – wyjątkowy to był człowiek – kiedy miarkował, że u którego z chłopców nauka szwankuje z powodu nadmiaru ćwiczeń fizycznych i że mu skaut i marzenia o Polsce utrudniają pracę w „autorskiej szkole” – zwykle starał się naprostować fałszywe – według niego – stanowisko chłopca.
- Wiem – mawiał – marzysz o przyszłej walce o Polskę i uważasz, że jej potrzebniejszy jest żołnierz, niż uczony. Ale nie zapominaj, mikrusie, jeden z drugim, Polskę – nie wystarczy zdobyć, trzeba ją potem będzie budować. Wysłuchaliśmy. Milczeliśmy. Kto by się przejął słowami profesora i kto by się dla nich zmienił?
- I wtedy właśnie, kiedy o nich najmniej myślałem, przyszło ich zrozumienie.
- Auto pancerne miało być przerobione z auta ciężarowego przez pokrycie stalowym pancerzem. Trzeba było robić obliczenia wytrzymałości motoru, obliczyć maximum ciężaru płyt stalowych w stosunku do siły tego motoru, ale przede wszystkim trzeba było zmyślnością pokrywać braki w materiale, w narzędziach, w czasie.
- Zwłaszcza najdotkliwszy był brak czasu. Na ulicach toczyły się walki, o których rozstrzygała każda chwila, czekano na auto, mówiono o nim w mieście, jak o prawdopodobnym cudzie. Równocześnie chodziło o to, aby się o nim nie zdążyli dowiedzieć Ukraińcy, aby napadami nie uniemożliwić pracy. Byli przecie lepiej od nas uzbrojeni, przygotowani walki o Lwów, nie zaskoczeni – jak my – bezwładem ostatniej chwili.
- Pracowaliśmy w warsztatach kolejowych na Głównym Dworcu w t. zw. Nowej montowni.Nad robotą unosiło się zdenerwowanie, właściwe minutom, policzonym, a skąpym. Ile bym za to bym dał, aby dwoić, troić, pomagać! Przy obliczeniach, przy próbach, przy montażu.
- Cóż? Nie na wiele się przydałem – mówiąc szczerze – nie przydałem się na nie. Wiadomości szkolne, przyjmowane niechętnie i niedbale, prysły, zetknąwszy się z surową rzeczywistością.Dużo więcej ode mnie robili prości chłopcy – nie koniecznie mechanicy, bo i tych zgłosiło się dość do pracy, ale całkiem prości chłopcy, którzy zmyślnością prostego rozumu łatali urywkowe wskazówki.
- Pan Kowalski chwacił w uniesieniu rękę syna i ścisnął przegub jego dłoni. Ten ruch więcej niż słowa – otworzył wobec chłopca siłę i wagę wspomnienia.
- Nie wyobrażasz sobie, nie możesz wyobrazić sobie mojej męki. Ukraińcy zdążyli dowiedzieć się o aucie, o miejscu jego budowy. Ostatnie chwilę montażu odbywały się pod gęstym obstrzałem. Równocześnie słyszeliśmy o przygotowaniach na mieście, które by mogły uniemożliwić akcję auta. Przekopy, barykady, rowy miały nam przeciąć drogę.Wszystko więc zależało od pospiechu. Pracowano dniem i nocą. Na zmiany i bez odpoczynku. Służył jak kto mógł.
A ja? Dali mi robotę, jedną, drugą. To porobiłem za duże otwory na nity, w irytacji, że cóż to za robota dla przyszłego technika? Tam zmarnowałem stalową płytę, z przyzwyczajenia, nie licząc się zbytnio z obliczeniami. Ponieważ zaś moje błędy opóźniały tak bardzo pilną robotę, przestano mi ją dawać. Przestano mnie w końcu brać w rachubę.
Pan Kowalski zerwał się i w podnieceniu zaczął chodzić po pokoju.
- Ile się wtedy nacierpiałem! Cierpiała draśnięta duma: co tu robię, czym jestem? Przy pierwszej, drugiej nieudanej próbie zgnębienia mnie bezsilność, bezradność wobec zadanej roboty. A potem to poczucie zbyteczności, gdy wszystko wre od pośpiechu i potrzeby rąk do pracy. Równocześnie mi się zdawało, że mi się dzieje po prostu krzywda. Gdyby nie ten denerwujący, przesadny, moim zdaniem, pośpiech, człowiek by to jakoś zrobił.
- Trzeciego dnia pracy nad autem Ukraińcy zasypali nas wprost kulami armatnimi. Jeden pocisk uderzył dokładnie w miejsce, gdzie odbywał się montaż auta, rozbił oszklenie hali i zrobił wyrwę w podłodze. A zaledwie przed kilkunastu minutami… auto gotowe wyjechało za bramę montowni. Więc – jak widzisz – tych kilkanaście minut zaoszczędzonych, lub zmarnowanych w pracy decydowały o całej robocie. Tylko kilkanaście minut.
Tymczasem auto wróciło na ulicę Sandowiecką. Tam w nocy uzupełniono braki, wmontowano karabiny maszynowe, przygotowano je ostatecznie do akcji. Nazwano je „Józef Piłsudski”. Dnia listopada oddano je do dyspozycji Naczelnej Komendzie, a nazajutrz pod komendą por. Świstełnickiego odbyło chrzest bojowy.
Co to był za moment ten wyjazd w miasto! Tu już nawet nie chodziło o to, czego auto dokona. Sam fakt że istniało, że je polski robotnik budował dniem i nocą pod naporem i strzałami – dodał otuchy Polakom, i tym, co walczyli i tym, co w ulicach, zajętych przez Ukraińców, czekali na wybawienie.
Brałem potem udział w akcji pancernego auta. Byłem w śródmieściu i na Łyczakowie i na Krakowskim. Ale nie już nie zdołało wymazać wspomnienia partackiej roboty. Pozostała nauczka, która zmieniła całkowicie stosunek do szkoły, kiedy do niej wróciłem. W szkolnych lekcjach i w uczniowskim „kuciu” widziałem odtąd przygotowanie do życia.
