JAK SIĘ ŁOWI WĘGORZE?

Przez dwa tygodnie silny sztorm trzymał rybaków po domach. Już sobie uprzykrzyli ten przymusowy odpoczynek. Jeszcze pierwsze dwa, trzy dni, to chociaż tam jeden z drugim żałował straconych połowów, ale w cichości ducha rad był i z dłuższego legnięcia pod pierzyną w kratki i że nikt po nocach spod nie wyciąga, że to niby czas na morze „wedac jaadru”, czyli stawiać sieci… Ale dwa tygodnie?… To już doch za wiele. Ileż to centarów smacznych storni, czyli flonder, ile – skarpi zwanych również z niemiecka sztajnbutami, można było przez ten czas wydrzeć morzu… Wszak połowy tych chętnie kupowanych i nieźle płaconych ryb trwają tylko przez sezon letni i każdy stracony dzień – to groźna wyrwa w skromnym budżecie na morze było niepodobieństwem. Silny wicher pędzący fale z północy skręcił po paru dniach na zachód i dął, dął nie dając ani jednego dnia folgi.
W tych warunkach nie ma mowy o połowach węgorzy, które czasami potrafią skutecznie podreperować kieszeń rybaka. A jest już dobrze po Matce Boskiej Zielonej, od którego to dnia Kaszubi odwiecznym zwyczajem poczynając zastawiać sieci na węgorze, tak zwane żaki. Jest przy tym nów, noce ciemne i oto najlepsza pora, kiedy czujny węgorz pozwala się podejść, mija bezpowrotnie.
Węgorz to nie lada przysmak i – co dla rybaka ważniejsze – dobrze płacony, po łososiu najlepiej. Kaszubi są strapieni, chociaż bowiem właściwy sztorm minął w końcu, to jednak przybój morza jest wciąż tak silny, że niemożliwa postawienie żaka. Gdyby bowiem udało się nawet sieć postawić, to wkrótce gwałcony prąd boczny wyrwałby przytrzymujące ją paliki, a samą sieć potargał, splątał i wyrzucił podartą i zmierzwioną na piasek, nie raz w bardzo dużej odległości.
Mija jeszcze trzy dni. Wiatr stopniowo cichnie i naroście maleje również fala przybrzeżna. Otucha wstępuje w serca rybaków, gdyż wiatr i prąd wykręciły i ciągną teraz do wschodu, co jest okolicznością dla połowu węgorzy nader pomyślną. I księżyc nie zdążył jeszcze przytyć, wymizerowany przez siedem dni nowiu, cienkimi rogami zwrócony w lewo, nie zdoła jeszcze nikłym, srebrnym blaskiem rozproszyć mroku nocnego i obudzić czujności węgorzy.
Więc oto w porze, kiedy zachód słońca kładzie wyszukane, szkarłatne barwy na ciemne i groźne jeszcze morze, na plażę, w której wicher wydmuchał osobliwe wyrwy i wądoły oraz na wydmy, porosłe jasnozieloną, ostrą trawą – poprzez przejścia zasypane drobniutkim i czystym, jak pył kryształowy, piaskiem wysuwa się tu i ówdzie kara, czyli po prostu taczki z żakiem i popychana przez czarną postać rybaka, kieruje się ku morzu.
Wreszcie zatrzymuje się na brzegu i rozkłada sieć na piasku. Potem zrzuca odzienie i przebiera się w inne, stare mocno zniszczone. Nieświadomi rzeczy letnicy wyśmiewają często Kaszubów, że przed wejściem do wody ubierają się w inny garnitur. Niewcześni ci wykpisze nie mają racji. Proszę zauważyć, że rybak wchodzi w morze ze swoim żakiem w porze, kiedy żaden letnik nie odważyłby się już na kąpiel, bo w październiku, a nawet jeszcze w listopadzie. Woda jest wtedy lodowata, a powietrze nie cieplejsze. Ubranie, w które się przebiera, nie ma wcale ochronić go przed wodą, nie jest przecie nieprzemakalne, ale wcale skutecznie osłania mu mokrą skórę przed mrożącym wiatrem.
Wchodzi szybko w wodę z ciężkim zwojem sieci i wlecze go pod falę, która usiłuje wydrzeć mu to brzemię, a jego samego zbić z nóg. W miarę oddalania się od brzegu, oceniając na oko odległości, porzuca zaostrzone paliki, do których umocowana jest siatka. Najtrudniej jest wbić w dno palik ostatni, do którego jest przywiązany koniec żaka, wypada bowiem w miejscu najdalej od brzegu położonym. Zanurzony po pierś rybak, kurczowo trzymając drzewce palika, bije w niedrewnianym młotem mocno i pośpiesznie w chwilach, kiedy nacierająca fala mu na to pozwala. Aby jak najprędzej umocnić ten pal, na którym trzyma się cała sieć… Z następnymi, w miarę posuwania się w stronę brzegu, pójdzie już łatwiej.
Wprawny rybak postawi żak w 15 minut. Mniej biegły – musi swoją robotę poprawiać, zmieniać swoją odległość od brzegu lub nawet miejsce zastawienia całej sieci. Po ustawieniu żaka przebiera się pospiesznie, dygotliwymi palcami zaledwie dając sobie radę z guzikami i dziurkami, wreszcie ze sczerniałą od zimna twarzą i latającą z zimna szczęką pędzi do domu.
Sam żak jest to rodzaj worka z siatki bawełnianej obciągnięty na pięciu, stopniowo zmniejszających się obręczach, najczęściej drewnianych.. Wewnątrz tego worka znajduje się dwukrotnie powtórzona przemyślana czela, coś w guście rękawa z siatki, mającego duży otwór wylotowy, wylot zaś – ciasny i po brzegach chytrze zawinięty. Prze tę szalę węgorz wślizguję się do matni, skąd już nie wydostanie się tak łatwo, nawet jeśli jest to szczwana i stara, trzy funtowa bestia.
Żak zastawia się w odległości zależnej od ukształtowania się dna, ale mniej więcej 20 do 30 metrów od brzegu. Tak daleko idzie w morze, ustawione pionowo na podobieństwo siatki tenisowej i prostopadle do brzegu, dłuższe ramię sieci, tak zwana wiera przystawna, wpleciona w lewą połowę obręczy wejściowej obręczy żaka. Zaś za krótkie ramię sieci, splecione z prawą połową obręczy wejściowej żaka i odstawione zawsze na wschód przy pomocy jednego wbitego w dno palika – to tak zwana wiera odstawna. W kącie ostrym, jaki tworzą ze sobą wiery: przystawna i odstawna, umocowany jest sam żak, szerokim otworem swoim skierowany ku brzegowi, a zamkniętym, spiczastym końcem – ku morzu. Węgorze, które zawsze ciągną od wschodu, natrafiwszy na przeszkodę w postaci siatki wiery przystawnej, zawracają wzdłuż niej ku morzu, wpływają do zdradzieckiego kąta i dalej – do żaka. Tu prześlizgując się przez jedną i drugą czelę dostają się do matni.
Nazajutrz, zaledwie przetarłszy oczy ze snu, grób jeszcze przed wschodem słońca wyciąga z morza rybak swój żak. Złożywszy sieć na piasku przebiera się, po czym dopiero bada zawartość matni. Worek żaka i obie wiery rozwiesza na palikach wbitych w piasek plaży. Te schnące żaki są swoistą i nieodłączną cechą pejzażu nadbałtyckiego od połowy sierpnia po koniec października.
Polowy węgorzy są na ogół słabe, więc cena – dobra. Takie jest już żelazne prawo ekonomiczne. Bardzo często w żaku nie ma nic, nawet przez parę dni z z rzędu. Ale trafiają się także przypadki połowów niezwykle udanych, wypadki wyjątkowe, o których długo później krąży wieść gminna po wszystkich osiedlach Wybrzeża. Tak na przykład w roku ubiegłym pewien rybak w Jastarni wyciągnął w jednym tylko żaku ni mniej ni więcej tylko aż pięć centnarów węgorzy.
Węgorz – smaczna ryba. Ale niejeden Kaszub zdrowiem, a nawet życiem przypłacił jej połowy. Wspomnij więc, Czytelniku, ciężką pracę rybaka, który może w tej chwili szczęką w zimnej wodzie zębami walcząc z falą i pomyśl o nim życzliwie…

Comments are closed.