SKRZYDŁA NAD ARKTYKIEM

W służbie był wymagający i surowy. Łatwo się unosił i wtedy czasem zacinał się mówiąc, jakby wewnętrzny war złości sięgał mu do gardła i powstrzymywał słowa. Jeśli się do kogoś przyczepił, żywił do niego niczym nieusprawiedliwioną nienawiść.

Rejs na Wielkiej Linii Północnej odbywał po raz pierwszy. Przed tym pływał jako pierwszy oficer na transatlantyckich liniach Żeglugi. Z wód północnych poznał przed wielu laty tylko zatokę Botnicką i Fińską oraz morze Północne, służąc w handlowej marynarce fińskiej, ale nigdy dotąd nie przekroczył kręgu Polarnego.

Mimo to dyrekcja uważało go za marynarza wysokiej klasy. Burnagel, z którym Plichota od razu się zaprzyjaźnił, utrzymywał, że w następnym rejsie Szczepaniak otrzyma dowództwo jednego ze statków W. I .P.

Teraz Szczepaniak spacerował po mostku kapitańskim tam i z powrotem, bardziej jeszcze ponury niż zwykle, widocznie rozgniewany tym, że kapitan podczas jego wachty swoim zwyczajem nie powstrzymywał się od wydawania osobiści rozkazów i wtrącał się do jego wszystkich jego czynności.

Przeżuwał w sobie złość i, zawróciwszy w tył ręce, splatał i rozplatał krótkie białe palce obu dłoni, pokryte rudymi włoskami i piegowate podobne jak twarz.

Pilewicz, odchodząc, zaczął coś mówić o sondowaniu dna. Wtedy, Szczepaniaka omal nie rozsadziło.

  • Wiem panie kapitanie – powiedział dusząc się w pasji, – Wiem sam.. – zaciął się. – Sam o tym, jak i co trzeba robić.

Potem ryknął na Boga ducha winnego majtka na dziobie, że chce go słyszeć wyraźnie i żeby nie mruczał pod nosem.

Kapitan tak był zdumiony tym wybuchem, że postał jeszcze chwilkę z otwartymi ustami i w reiście, wzruszywszy ramionami, odwrócił się tyłem i doszedł bez słowa.

Pilchota przyszedł właśnie na tą chwilę i staną przy burcie obok Przywary. Wychylił się na za zewnątrz i patrzyli na powolną, wytrwałą pracę Junaka, gryzącego kruchy lód.

I właśnie zaraz po tym, jak pierwszy oficer został sam na mostku, tak jak tego chciał, zdarzyło się „to wszystko”.

  • Jakby na złość Szczepaniakowi – Jak później powiedział Burnagiel nie bez złośliwego uśmiechu.

W pewnej chwili unoszący się i opadająco wolno dziób statku trafił na lód tak gróby i twardy, że nie naruszył go wcale. Uderzenie było tępe, jak w skałę. Junak wstrząsnął się bolesnym dreszczem, odskoczył w tył, natarł po raz drugi, bezsilnie jęknął i cofnął się niezdysocjowanie.

  • Naprzód! – padł rozkaz z mostku i maszyna znów pchnęła statek na lód.

Ale lód trzymał. Junak II huknął weń dziobem z góry twardo i krótko, potrząsnął wszystkimi blokami, wspiął się na fali, przysiadł w bruździe, omknął się po nieustępliwej krawędzi i skręcił nieco w lewo, jakby zniechęcony tym daremnym wysiłkiem.

  • Ster na burtę! W tył! – rąbnął Szczepaniak.

Sterujący marynarz, jak automat spełniał polecenie. Szprychy sterowego koła pobiegły w lewo, zwolniły, stanęły. Mamrotał kardan. Śruba rozpieniła wodę pod rufą, ciągnęła. Statek wykręcił wolno, cofając się.

  • Ster prosto – powiedział pierwszy oficer.Rufa wychodziła już z wyrąbanego kanału. Przed dziobem woda burzyła się i kotłowała, porywając drobną krę w skręty wirów.
  • - Stop! – komenderował Szczepaniak, mierząc odległość wzrokiem, – Naprzód!

Brzegi kanału lodowego polu zaczęły wolno snuć się w tył. Zwężająca się przestrzeń wody falowała lekko, i fale, wyprzedzając statek, wspinały się na ostrą krawędź lodu przed dziobem.

  • Cała naprzód – powiedział Sczepanik, powstrzymując rękojeść telegrafu maszynowego, i wpił się wzrokiem w powierzchnię lodu.

Uderzenie, wstrząs, łoskot. Coś chrupnęło na przodzie, zatrzeszczało, zabulgotało. Cały środek lodowego pola załamał się, wgiął się w dół, popękał. Szparami chlusnęła woda.

Dziób statku wgniatał lód pod siebie, wspinał się nań, kruszył go. Wielkie płaskie tafle stawały dęba, szły pod wodę, przewracały się z pluskiem, chrobocząc po burtach. Sypneło odłamkami po pokładzie, jak żwirem.

Wtem ktoś krzyknął:

  • Puściły!Szczepaniak nie zrozumiał o co chodzi.
  • Nity pościły panie Szczepaniak! Zawołał Burnykiel.
  • Gdzie puściły? – zapytał pierwszy oficer blednąc.Wszczął się zamęt. Wszyscy pchali się ku burtom, krzyczeli, gadali. Szczepaniak stał wychylony za barierką mostku i wołał coś do drugiego oficera, czego nie można było zrozumieć w śród wrzawy. Burnagiel przepychał się ku niemu, gestykulując. Maszyny parły tymczasem dalej „całą na przód” i Junak II się na trzeszczący lód, sapiąc ciężko z wysiłku.

Wtedy nagle na mostku ukazał się kapitan Pilewicz i Plichota po raz pierwszy usłyszał jego głos, całkowicie pozbawiony swojej chropowatości i gderliwego starczego zabarwienia. Głos silny, o metalicznym brzmieniu, donośny i młody.

Ten głos tak bardzo nie pasował do zaniedbanej postaci kapitana, do jego przygarbionych pleców i potarganych, szpakowatych włosów, do utykającego chodu i do wystającego brzucha, że Adam w pierwszej chwili poszukał w pierwszej chwili kogoś, kto – jak mu się zdawało – stać musiał koło komendanta i przemawiać tym głosem.

Dopiero kiedy Pilewicz zawołał: – Maszyny stop! przekonał się, że to kapitan wydaje rozkazy.

Szczepaniak odwrócił się do niego i zaczął się usprawiedliwiać. Ale Pilewicz przerywa mu w pół słowa.

  • Niech pan cofnie statek – powiedział tym swoim dziwnym głosem. – Na tłumaczenia będzie czas później.
      Junak wyszedł z kanału i zatrzymał się wśród spływającej zewsząd grubej kry. Okazało się, że puściły nity poniżej linii wodnej na dziobie i nawet częściowo głębiej – wzdłuż baku pod prawą burtą. Kilka arkuszy pancernej blachy wgniotło do wewnątrz. Forpik rozłaził się dwoma wielkimi zadziorami i żłopał wodę, jak smok.

    Trzeba było uruchomić pompy mechaniczne, a gdy mimo to poziom wody wzrastał, także ręczne. Stanęli do tej roboty Plichota z Przywarą i kilku marynarzami, podczas gdy reszta pod komendą Burnagla przystąpiła do przeładowania węgla z przedniego luku na pokład za nadbudówki śródokręcia, aby podnieść przód statku możliwie jak najwyżej.

      Pierwszego dnia przeniesiono w koszach, na rękach i przy pomocy kolejki linowej, którą między masztami założyli cieśla z bosmanem, sto dwadzieścia ton. Ludzie byli pomęczeni: pokład kajuty, rubka nawigacyjna, nawet kambuz – zasypany pyłem węglowym. Za to przeciek w forpiku ustał prawie zupełnie, pod bakiem zaś zmniejszył się tak, że wystarczyło pompować osiem godzin na dobę.

      Nazajutrz praca szla wolniej. Trzeba było czerpać węgiel z większej głębokości; zerwał się północno wschodni wiatr, który przyholował za sobą niskie chmury i śnieżycę; morze rozkołysało się;temperatura spadła do kilku stopni poniżej zera; czarne błoto na pokładzie zmieniło się w lód.

Przeniesiono osiemdziesiąt ton węgla, częściowo do bunkrów, częściowo na rufę, gdzie Burnagiel wybudował rodzaj zagrody z desek.

Trzeciego dnia wiał pół sztormowy wiatr, statek kład się na burtę i dryfował na zachód, zmywany lodową taflą, która zaczęła wdzierać się na zanurzoną głęboko rufę.

W samo południe fale rozbiły barierę lodową, widoczną jeszcze dobrze na horyzoncie. Ogromne, po kilka kilometrów kwadratowych powierzchni liczące, pola lodowe zaczęły mijać Junaka, ścierając się pod sobą i spychając go teraz na północ, wraz z jakimś nieznanym, jakby świeżo powstałym prądem.

Przecinek wzmógł się znowu. Piechta i jego ludzie pompowali dwanaście godzin, po czym zastąpił ich cieśla ze stewardem i dwoma marynarzami.

Po całodziennej pracy pozostało jeszcze trzydzieści ton węgla w przedniej ładowni. Rufa siedziała w morzu tak głęboko, że fale wpadały na nią wraz z grubymi odłamkami lodu, który uszkodził ogrodzenie z desek.

Comments are closed.